II Sochaczewski Majowy Rajd Rowerowy

Pomysł na realizację wyprawy do Sochaczewa był nie jako rewanżem i podziękowaniem w stosunku do rowerzystów z tego miasta, którzy wcześniej brali udział w naszych rajdach. Pamiętamy i dziękujemy. Plan więc był prosty: na rowerach od początku do końca, bez względu na to ile kilometrów będzie do zrobienia. Okazją do zrealizowania takiej wyprawy był II Sochaczewski Majowy Rajd Rowerowy zorganizowany w dniu 1 maja (Święto Pracy) przez Urząd Miasta w Sochaczewie. Zbiórka w Żyrardowie wyznaczona została na godz. 8:00. Pogoda tego dnia nam sprzyjała. Na starcie naszej wyprawy pojawiło się sześć osób: Robert, Marcin, Piotr, Weronika, Estera i Michał (ja). Kameralnie, ale tego się spodziewaliśmy, w końcu do przejechania było ponad 100 km. W naszym gronie były 3 osoby z Żyrardowa, po jednej z Milanówka, Baranowa i Mszczonowa. W takim towarzystwie – kilka minut po ósmej – wyruszyliśmy w trasę.

DSC06950a

Początek przejazdu był spokojny i zgody z planem. Zamiast drogi krajowej nr 50, wybraliśmy dla większego bezpieczeństwa i komfortu jazdy, objazd przez Działki, Guzów, Czerwoną Niwę-Parcel, Wyczółki i Rokotów. Teoretycznie wyglądało to dobrze. Jednak etap ten przyniósł nam bardzo wiele przygód. Już na 15 km, tuż za Guzowem w naszych szeregach przydarzył się mały wypadek, który był efektem podziurawionej jezdni. Na całe szczęście nikomu nie stało się nic poważnego, a to najprawdopodobniej dzięki temu że osoba miała kask na głowie. Ale strach był. I tutaj apel: zakładajcie kask w trakcie jazdy rowerem. Nie, nie wyglądacie głupio, tylko odpowiedzialnie! Po tym zdarzeniu dwie osoby: Weronika i Estera zakończyły wcześniej jazdę na rowerze, ostrożności nigdy za wiele. Pozostała czwórka chłopaków postanowiła dalej kontynuować wyprawę. Mieliśmy spore opóźnienie, ale w tamtym momencie nie było to już dla nas ważne. Będąc 2 km przed miejscem startu rajdu, przydarzyła się nam kolejna awaria. Poszła dętka w rowerze Marcina i konieczna była wymiana na zapasową. Mieliśmy już spore straty czasu, a to zdarzenie spowodowało dodatkowe opóźnienie, w efekcie czego na start rajdu dojechaliśmy 45 minut po czasie.

To nie koniec problemów. Oczywiście peletonu nie było już na Placu Tadeusza Kościuszki, więc musieliśmy sobie radzić sami. Nie znając dokładnie planowanej trasy rajdu, nasza wyprawa zmieniła się w typowy rajd na orientację. Wiedzieliśmy że rajd pojechał gdzieś w kierunku Kampinoskiego Parku Narodowego i tam też się kierowaliśmy. Mijaliśmy kolejno: Plecewice, Konary, Janów. Pomógł internet w telefonie, a przede wszystkim kontakt z naszym łącznikiem w sochaczewskim peletonie – Jarkiem. To dzięki jego wskazówką wiedzieliśmy gdzie jechać. Nie było już sensu gonić peletonu, więc od razu pognaliśmy na miejscu pikniku organizowanego w trakcie rajdu, który był głównym postojem rowerzystów i został zlokalizowany na terenie PTTK Tułowice. Udało się, znaleźliśmy ich! To był nasz cel i w Tułowicach został on zrealizowany. W tym momencie na liczniku mieliśmy ok. 50 km (licząc tylko od Żyrardowa). Swoją drogą piknik był bardzo udany, można było uzupełnić sporo kalorii i trochę się zregenerować w pięknych okolicznościach przyrody.

DSC06972a

Mając na uwadze długi (ok. 45 km) powrót do Żyrardowa, wyruszyliśmy w drogę wcześniej, przed głównym peletonem rajdu. Nie chcieliśmy tracić zbyt wiele czasu. Przed startem jeszcze zawitaliśmy do mobilnego punktu serwisowego. A było co naprawiać. Zmieniona dętka w rowerze kolegi Marcina znów pękła. Po przygotowaniu rowerów ruszyliśmy dalej w drogę. Nie wiele dalej, kolejny postój, tym razem planowany w Konarach przy sklepie spożywczym. Wracając z Sochaczewa wybraliśmy powrót przez Żelazową Wolę, Feliksów, Dębówkę, Elżbietów, Szymanów, Oryszew-Osadę, następny Feliksów i Nowe Kozłowice. Ten etap wyprawy był już spokojniejszy, jechaliśmy z wiatrem, a limit pecha na ten dzień wydawał się być wyczerpany. Chociaż jeszcze nie, w moim rowerze zaczął dokuczać tylni hamulec, który coraz mocniej tarł o obręcz w trakcie jazdy (objawiając się odgłosem podobnym do ptasiego ćwierkania). Ten niekomfortowy problem udało się jednak wyeliminować na kolejnym (nie wiadomo już którym) postoju. Dalej jadąc we czwórkę, było raźniej i czas upływał szybciej. Nawet ciemniejsze chmury napotkane w okolicach Oryszewa-Osady – po postraszeniu lekkim deszczykiem – oszczędziły nas przed większą ulewą.

DSC06980a

Dojeżdżając w okolice Żyrardowa pierwszy odłączył się Piotr w miejscowości Nowy Drzewicz. Pozostała trójka: Marcin, Robert i ja dalej skierowała się na Żyrardów, dokąd zajechała po godz. 16-tej. Tam nastąpiło rozdzielenie się naszej grupki i podziękowanie sobie za wspólną jazdę, a przede wszystkim za pomoc w trakcie całej wyprawy. Marcinowi pozostał jeszcze dojazd do Milanówka (łącznie pokonał tego dnia ok. 135 km), a Robertowi do Mszczonowa (123 km). Ja skończyłem wyprawę w Żyrardowie robiąc ok. 98 km.

Podsumowując: dzień obfitował w wiele przygód, które w znaczącym stopniu modyfikowały naszą wyprawę. Najważniejsze jest jednak zdrowie i o nie należy dbać. Dlatego też, cieszy nas to że pomimo pewnych trudności, wszystko w miarę dobrze się skończyło. Bo zawsze mogło być gorzej. Po tej wycieczce jedno jest pewne, nie zapomnimy jej na bardzo długo. Szkoda, że nie udało się nam uczestniczyć w pełnym przejeździe rajdu, lecz niestety tego dnia to było niemożliwe. W efekcie mało mieliśmy do czynienia z głównym peletonem, ale możemy śmiało powiedzieć że cały sochaczewski rajd był bardzo ładnie zorganizowany, przeprowadzony i zabezpieczony. Nasz cel – jakim było odwiedzenie sochaczewskiego rajdu – został zrealizowany i z tego możemy być zadowoleni, nawet jeżeli to odwiedzenie polegało tylko na wspólnym piknikowaniu w Tułowicach. Ale dobre i to. Następnym razem może będzie lepiej. A główny morał jest jeden: wsiadając na rower załóż kask, zadbaj o swoje zdrowie!

3 komentarze na temat “II Sochaczewski Majowy Rajd Rowerowy

  1. Co za bzdura. Kask sprawia, że człowiek ryzykowniej jeździ. Złudne poczucie bezpieczeństwa. Jeżdżę bez kasku, leżałam milion razy, nigdy mi głowy nawet nie drasnęło. Warto dodać, że rowerzysta w kasku w starciu z samochodem nie ma szans. BTW najczęściej wywracam się chodząc, też powinnam nosić kask? 😉

    • Nie zgadzam się. „Kask sprawia, że człowiek ryzykowniej jeździ.” – to dopiero jest bzdura. Inteligentny rowerzysta (bo chyba o takich mówimy) po założeniu kasku będzie jechał tak samo i z taką samą odpowiedzialnością będzie przestrzegał zasad ruchu drogowego. Kask ma jedynie go uchronić od nieszczęśliwych wypadków na drodze, a nie spowodować by poczuł się superbohaterem. Choć wiadomo, że i tak w 100% go nie ochroni. W sytuacji opisywanej przeze mnie kask uratował dziewczynkę od znacznie większego nieszczęścia. I TO JEST FAKT. Dziękuję za uwagę.

  2. tu Michał ma rację. Mój kolega do dziś wspomina, że gdyby jego ojciec miał na sobie kask w chwili wypadku (uderzenie auta) to prawdopodobnie by żył… Dlatego myślę, że jednak warto go zakładać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *