Rzeźniczek

Decyzję o uczestnictwie w Rzeźniczku podjęłam jesienią po Ćwierćultramaratonie Bieszczadzkim. Długo się nie zastanawiałam, bardzo lubię Bieszczady, a atmosfera na takich biegach jest zupełnie inna niż na „asfalcie”.

Ponad 900 miejsc rozeszło się jak ciepłe bułeczki, zaraz po zapisach szukanie noclegu i został tylko trening :)

Z Moniką i Marzenką wyjechałyśmy już w środę 25.05, po drodze zahaczyłyśmy o Rzeszów i w czwartek około południa zameldowałyśmy się w Cisnej. Pogoda dopisywała. Gdzie człowiek nie spojrzał – wszędzie biegacze.

001

002

Tradycyjnie miasteczko biegowe było na Orliku, za kultową Siekierezadą. Oprócz stoisk ze różnorakim sprzętem stała scena gdzie codziennie odbywały się koncerty oraz odprawy przed poszczególnymi biegami. My piątek miałyśmy wolny, nasz bieg ruszał w sobotę. W planie było kibicowanie Rzeźnikom, którzy startowali o 3 nad ranem. Nazajutrz przed 7 rano byłam z Monika pod Bacówką pod Honem, skąd Rzeźnicy zbiegali do Cisnej na pierwszy przepak (ok. 30 km z 82 km trasy). Patrząc na tych twardzieli i twardzielki już nie mogłyśmy się doczekać naszego startu.

Później krótki wypad nad Solinę, a popołudniu kibicowanie ostatnim Rzeźnikom Hardcorom, odbiór pakietów, odprawa, nawodnienie w Siekierezadzie :) przygotowanie rzeczy na bieg: numer, plecak, bukłak, żele itp., itd.  Miałyśmy jechać na start pierwszą kolejką więc pod Orlikiem musiałyśmy być przed 7 rano.

004007009

Rano pobudka, szybkie śniadanie, kawka i w drogę. Jeszcze oddanie depozytu i wsiadamy do kolejki, która ma nas zawieść w okolice startu. Kilka wagoników z kolorowymi biegaczami, drogę umilała Nam „Wiewiórka na drzewie”. Po około 45 min. Koniec trasy, wysiadka i krótki marsz na start. Czekamy jeszcze na pozostałe 2 składy kolejki. Ok. 8.10 start!!!!! Na początku oczywiście faworyci, my gdzieś w połowie stawki ponad 900 biegaczy. Biegniemy asfaltem i szutrem, spokojnie lekko z górki, po ok. 3 km skręcamy już na niebieski szlak graniczny, robi się wąsko i spotykamy pierwsze błotniste odcinki. Stawka biegaczy rozciąga się w dłuuugi wąż. Ciężko się wyprzedza, więc biegnę spokojnie wiedząc że najgorsze jeszcze przede mną. Wbiegamy w las, zaczynają się pierwsze podbiegi/podejścia. Gdzie można biegniemy, na większych hopkach idziemy, tworzą się panele dyskusyjne – wymieniamy się doświadczeniami i dobrymi radami. Oczywiście zaliczyłam glebę… na prostym odcinku zagadałam się i leżę. Na szczęście wyłożyłam się na dywanie z liści więc strat nie było, poza rozsypanymi żelami :) Na pytania współbiegaczy odpowiadam że wszystko OK i napieram dalej. Trasa jest malownicza, góra, dół, trochę płaskich odcinków i tak na zmianę. Mniej więcej w połowie dystansu zbiegamy na Przełęcz pod Roztokami (801 m.n.p.m) gdzie znajduje się punkt regeneracyjny. Kibice witają każdego wbiegającego oklaskami i motywującymi okrzykami. Uzupełniam wodę, wypijam dwa kubeczki coli, wciągam żela, dwa kubeczki wody lądują na głowie – słońce już dawało o sobie znać i zaczyna się wspinaczka pod Okrąglik (1101 m.n.p.m). Teraz chwila prawdy – pierwsze naprawdę strome podejście, idę od słupka granicznego do słupka, łyk wody, spojrzenie za siebie i znowu noga za nogą w górę. Na podejściach wolę patrzeć pod nogi niż w górę. W końcu lekkie wypłaszczenie, a nawet delikatny zbieg. Jednak to był tylko chwilowy odpoczynek, to jeszcze nie koniec. Od znajomych, którzy biegli już Rzeźniczka usłyszałam: „jak będziesz myślała że to już koniec, to jeszcze nie – będzie gorzej” Pamiętając te słowa, oszczędzałam resztki sił na końcowe strome podejście. Wreszcie Okrąglik, udało się, najgorsze za mną. Skręcamy na czerwony szlak i kierujemy się w kierunku Jasła. Szczyt mijamy trochę bokiem, kolejny cel to Małe Jasło (1097 m.n.p.m). Po wejściu na szczyt już wiem co mnie czeka… generalnie cały czas w dół, a ostatnie kilka kilometrów to będzie naprawdę stromy zbieg, a nogi już zmęczone po ponad 20 km. Tasujemy się na trasie, ktoś odpada na podejściach, aby za chwile dogonić grupkę na płaskim lub zbiegu. Pojawiają się również turyści którzy idą w drugą stronę, często ustępują nam na wąskich ścieżkach, przybijają piątki i życzą powodzenia. Jeden większy zbieg za mną, zaczyna pobolewać kolano, trochę się hamuję. Przebiegamy przez stokówkę i ostatni odcinek w dół, lecę, kolano jednak daje radę, buty trzymają. Na koniec trochę błota, przeprawa przez strumyk, wąska ścieżka biegnąca stromą skarpą nad Solinką. Słychać już kibiców stojących na mostku kolejki wąskotorowej, wdrapuję się na niego, przebiegam przez szpaler kibiców – zostało już naprawdę niewiele. Zakręt w lewo i ostatnia prosta do mety, biegnę przybijając piątki na lewo i prawo :) jest META! spiker wyczytuje z jakim czasem ukończyłam. To w tej chwili jest nieważne, upragniony medal na szyi, butelka zimnego piwa RZEŹNIK i koszulka finiszera. Dopiero po chwili czuję jak mi ten bieg dał w kość. Takiego dystansu jeszcze nigdy nie pokonałam, jestem z siebie DUMNA! :) Nie siadam bo wiem że ciężko będzie wstać, czekam na Marzenkę i Monię. Przybijamy sobie piątki, gratulujemy nawzajem, robimy wspólne foto…

13308164_1149207465099524_8185193531641404852_o

008

Teraz czekam na kolejny wypad w Bieszczady… a jaki bieg ?? … zobaczymy :)

Maja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *